Hot news!
-
[recenzja] BlackSite: Area 51
czwartek, 25 Marzec 2010r. Komentarze są wyłączone Dodał: Assassin
Wyobraźcie sobie przeciętny film akcji o obcych z kosmosu. Dodajcie do tego drętwe dialogi, liniowość, praktycznie zerową sztuczną inteligencję, masę skryptów, trochę amerykańskiego patetyzmu i macie… całkiem strawną grę pod tytułem Blacksite: Area 51!
O co więc w tym całym Blacksite chodzi? Gra to typowy FPS, w którym chodzisz (czasami również jeździsz) jak po sznurku, zabijając tony wrogów i przy okazji ratując świat. I gdzieś w tle pałęta się jeszcze nasz zespół, składający się z dwóch kompanów. W założeniach twórców miał być to również horror, jednak klimatu tutaj za grosz. Spytacie więc o powód ratowania świata? Jest on równie banalny. Wojsko USA pracuje nad projektem super-żołnierzy. Do tego celu wykorzystują głównie zwykłych żołnierzy, uznanych za zaginionych w akcji, na których wykonują różne testy i eksperymenty. Projekt oczywiście wymyka się spod kontroli, do tego dochodzą Xeno, coś na wzór mutantów-ufoludków, począwszy od małych, skaczących jak żaby, a na ogromnym żółwiu, nazywanym Tytanem, skończywszy. Fabuła w tej grze nie jest najważniejsza, i to widać – cut-scenki trwają maksymalnie minutę, po czym jesteśmy rzucani do walki, wiedząc niewiele więcej niż przed konfrontacją. Sam się przyłapałem na tym, że nie słuchałem co mówią bohaterowie, tylko biegłem przed siebie i grzałem do wrogów.
A grzanie do wrogów daje tutaj sporą satysfakcję, a jak! Może inteligencją oni nie grzeszą, ale za to nadrabiają ilością. Niestety nie ma raczej na co popatrzeć – odmian wrogów naliczyłem się raptem 10, plus kilku bossów. Modele postaci są wykonane raczej porządnie, choć często można zauważyć tekstury w niskiej rozdzielczości. Wrogowie są podzieleni na kilka głównych grup – Irakijczyków (tych spotykamy tylko na początku gry), żołnierzy Odrodzonych (czyli wyżej wspomnianych super-żołnierzy) i Xeno. Z ich eksterminacją nie ma większych problemów, nawet na poziomie trudnym (który jest drugi z trzech poziomów trudności, pierwszym jest „Normalny”). W większości wypadków wystarcza celna seria posłana w głowę i delikwent pada na ziemię. Z bossami jest trudniej, ale przy konfrontacji z nimi pod ręką zawsze znajdzie się jakaś cięższa giwera (a to wyrzutnia rakiet, a to stacjonarny kaem).
Narzędzi eksterminacji także jest niewiele. Podstawową bronią używaną przez całą grę jest karabin M4 z celownikiem kolimatorowym. Do tego dochodzi wariant snajperski karabinu XM8, pistolet Mk 23, wyrzutnia rakiet Javelin i dwie bronie eksperymentalne – energetyczna strzelba i miotacz plazmy. I to wszystko, jednak podczas gry nie czuć niedosytu. Pewnie dlatego, że tempo akcji nie pozwala – cały czas gdzieś biegniemy, do kogoś strzelamy, lub przed czymś uciekamy. Pewnie, nie umywa się to do Modern Warfare, jednak daje radę.
Czas jednak opisać wrażenia z gry. A te są… średnie. Owszem, przez 95% gry biega z nami nasz zespół w liczbie dwóch kompanów, jednak gracz nie przywiązuje się do nich. Czasem przydają się, aby kryć naszą uciecz… eee, planowany odwrót na z góry upatrzone miejsca, by odzyskać siły, jednak poza tym nie są do niczego więcej przydatni. I twórcy chyba zdali sobie z tego sprawę, toteż pozbawili naszego bohatera możliwości otwierania drzwi czy np. naciskania guzików, przez co muszą wykonywać to za nas nasi kompani. Zgodnie z zasadami filmów akcji, jedyną słuszną drogą do otwarcia drzwi jest ich wyważenie kopniakiem – co nasi podkomendni wykonują za każdym razem, nawet gdy drzwi mają 4 metry wysokości i są zrobione ze stali. Możemy im też wydać rozkaz, by np. ostrzelali danego skurczybyka, w czym są nawet dobrzy. Kilka razy zdarzyło się też, że uratowali mnie przed śmiercią, samodzielnie ubijając ostrzeliwującego mnie przeciwnika.
Należy też nadmienić, że w grze nie uświadczymy paska zdrowia – zgodnie z obecnymi trendami, rany objawiają się poprzez zabarwienie ekranu na czerwono, i magicznie znikają gdy przykucniemy za murkiem na kilka sekund. Nie istnieje też problem braku amunicji. Paczuszki z nabojami i granatami są porozrzucane po mapach tak obficie, że starczyłyby na wyposażenie kilku batalionów piechoty.
Czas na narzekania. Pierwsze co razi to strasznie drętwe dialogi, w stylu filmu sensacyjnego klasy B. Aktorzy są słabi, i to słychać. Następna rzecz, która nie daje mi spokoju to brak anty-aliasingu – a przynajmniej mi nie udało się go w opcjach włączyć. Gra wyglądałaby na pewno lepiej, gdyby miała AA. Tu dochodzimy do kolejnego mankamentu, otóż momentami grafika dosłownie razi. Na przykład podczas finałowej rozmowy z naszym nemezis, gdy patrzymy się na jego twarz z odległości około metra, widzimy strasznie mydlane tekstury i słaby model całej głowy. Czyżby twórcom brakowało czasu na testy? Do tego należy doliczyć bardzo krótki czas potrzebny na ukończenie produkcji – mi wystarczyły 4 godziny, a grałem na poziomie trudnym, kilkakrotnie ginąłem i wcale nie starałem się przejść gry jak najszybciej. Minus za to.
Na koniec zostawiam sobie chyba największą wadę całej produkcji, mianowicie kompletnie poroniony system zapisu. W grze są standardowe checkpointy, i są one rozmieszczone gęsto, jednak nie wystarczająco gęsto, ale o tym zaraz. Mamy też w grze opcję quick-save, która jednak… nie działa. Za każdym razem, gdy naciskałem F5 aby szybko zapisać grę, na ekranie objawiał się napis „Punkt kontrolny” mający powiadomić mnie o tym, że wszystko poszło sprawnie. Jednak gdy ginąłem i wczytywałem ten save, byłem cofany do ostatniego checkpointa, co w kilku momentach oznaczało powtarzanie irytującej sekwencji (np. otwieranie drzwi przez podopiecznych lub przydługi dialog) i kilkakrotnie zniechęciło mnie do gry.
Została jeszcze lokalizacja. Wiele o niej powiedzieć nie mogę, gdyż jest to lokalizacja kinowa, czyli tłumaczenie napisów. W grze wiele dialogów nie ma, jednak kilka razy zdarzyło się, że napisy były w formie męskiej, podczas gdy zdanie kierowane było do kobiety. Ogólnie nie mam większych zastrzeżeń do tłumaczenia.
Podsumowując, BlackSite: Area 51 to gra przeciętna. Nie pozostawi po sobie wielu wspomnień, po finałowej walce nie będziemy gapić się w ekran i rozmyślać nad zakończeniem. Niemniej jednak, dostarczy nam solidnej dawki niczym nieskrępowanej sieczki. Czy się opłaca? Gra została dołączona do najnowszego numeru CD Action, więc według mnie opłaca się jak najbardziej.

Wojny kontrolerów:Microsoft vs Sony »
Autor: Assassin
Poczytaj także
Watchmen:The End is Nigh Part One
Dead Space 2 będzie prawdziwym horrorem
Painkiller: Resurrection (PC)
Hydrophobia: nowe informacje
W kooperacji: 50 Cent: Blood on the Sand
Tagi
Akcji, First Person Shooter, pc, recenzja, strzelanka
Kategorie
Akcji First Person Shooter Gatunki gier PC Platformy Promowane Recenzje Teksty
Komentarze














