Hot news!

  • W kooperacji: 50 Cent: Blood on the Sand

    wtorek, 7 Lipiec 2009r. 3 komentarze Dodał: Redakcja
    W kooperacji: 50 Cent: Blood on the Sand

    W dzisiejszych czasach większość z nas posiadaną konsolę ma podpiętą do internetu, co w przeszłości zdarzało się rzadko. Online wykorzystywany jest nie tylko do rozgrywek kompetytywnych, ale co raz częściej także do zabawy kooperacyjnej. Bardzo często zdarza nam się w gronie redakcyjnych kolegów kupowac gry z trybem fabularnym wspierającym co-opa – dlatego postowiliśmy zapoczątkować serię artykułów, które oceniać będą właśnie taki rodzaj rozgrywki. Szlak ten przetarty został przez 50 Cent: Blood on the Sand w wersji na Xboxa 360 – zapraszamy do czytania.

    Newman: Przed naszym wspólnym graniem w 50 Centa mieliśmy już za sobą kilka innych gier tego typu (chodzona rozwałka z widoku TPP), więc jest z czym porównywać. Moim zdaniem jest to jedna z lepszych produkcji tego gatunku w jaką miałem przyjemność pograć. Ktoś opisał tą grę jako połączenie Army of Two z Gears of War – w pełni się z tym zgadzam.

    W grze oczywiście uświadczymy fabułę, ale wiele o niej powiedzieć nie mogę – nie przywiązywałem do niej specjalnej uwagi. Dla mnie 50 Cent to typowy przedstawiciel gry “bezmózgowej”. Liczy się tu krew, odpadające kończyny i soczyste headshoty – wszystko w bardzo dynamicznym ujęciu.

    Grafika mimo, że nie powala na kolana to daje radę i w zupełności zdaje tutaj egzamin. Jedyne momenty, w których człowiek ma szanse na podziwianie tekstur to czas poświęcony na szukanie Targetów i Posterów pomagających uzyskać złoty medal w podsumowaniu chaptera.

    Jeśli chodzi o dźwięk to oprócz ostrych wyzwisk (wymawianych “manualnie” przez nas poprzez wcisnięcie lewej gałki) w tle towarzyszą nam utwory G-unita oraz oczywiście tytułowego wykonawcy. Jakoś niespecjalnie jestem ich fanem, ale taka właśnie muzyka idealnie tutaj pasuje.

    Podsumowując – nie jest to gra z półki gier ambitnych czy specjalnie wymagających, ale do gry w co-opa jest idealna. Spora dynamika, dobra animacja połączona z dobrą oprawą audio-wizualną oraz dobre wykorzystanie potencjału kooperacji. Bolą trochę bardzo podobne do siebie misje (za częste walki z helikopterem) oraz brak Bossa z prawdziwego zdarzenia. Mimo wszystko jednak, niecierpliwie wyczekuje pierwszych informacji na temat kolejnej gry z półdolarem w roli głównej.

    Shostey: Fabuła? Jaka fabuła? Za wyjątkiem jednej cut-scenki, której użyliśmy jako początek filmiku, omijaliśmy wszystkie. Chciałem jednak napisać jedno czy dwa zdania na jej temat więc po skończeniu gry odpaliłem sobie same przerywniki filmowe. Ci, którzy pójdą naszą drogą i wybiorą opcję „Skip” w trakcie filmików, nie będą żałować. Fabularnie 50 Cent: Blood on the Sand to taka  intelektualna papka godna rapowego teledysku.

    Braki fabularne faktycznie są niezauważalne w czasie gry, bo gameplay rekompensuje je z nawiązką. Wrogów jest całkiem sporo, powietrze pełne kul, granatów, a nawet rakiet wystrzeliwanych z wyrzutni. Czasem trzeba sobie poradzić z czołgiem czy helikopterem. Ten drugi pełni chyba rolę pseudo bossa i pojawia się zbyt często jak na mój gust. Urozmaiceniem są misje, w których to my wsiadamy do pojazdu – uzbrojonego autka i helikoptera.

    Gra ma bardzo arcadowy charakter – każdy kill jest punktowany, a jeśli w odpowiednim czasie dołączymy kolejnego to zaliczymy combo. Punktację można podbijać manualnymi wyzwiskami po zabiciu, ale wpływ na nią mają także takie detale jak headshoty, użycie granatu czy zabicie w trakcie walki wręcz – to ostatnie bywa całkiem efektowne. Aby zgromadzić ilość punktów, która pozwoli nam na złoty medal w danym chapterze, musimy starać się o wysoko punktowane kille i zbierać „zbierajki”, o których wspomniał Newman.

    Grafika faktycznie daje radę. Etapy nie są jakoś bardzo zróżnicowane, ale chwilami robią bardzo pozytywne wrażenie. Oczywiście nie raz trafi się gorsza tekstura, ale nie wpływa to jakoś specjalnie na ogólne wrażenie wizualne. Bardzo pozytywnie oceniam animację. Skoki przed siebie i cover system zostały perfidnie zerżnięte z Gears of War, ale ciężko to uznać za negatyw. Najważniejsze, że nawet przy największej sieczce niezachwiana zostaje płynność animacji. W czasie dwukrotnego przejścia gry, animacja chrupnęła tylko w misji latającej, a i tam jedynie w jednym momencie.

    Odzywki Fiftiego i jego ziomka z G-Unit mogą być denerwujące, ale na szczęście zagłuszane są one przez dźwięki broni i muzykę. Wszelkie strzały, wybuchy i pozostałe efekty dźwiękowe wypadają nieźle. Z muzyką jest jak z każdym gatunkiem – albo go tolerujesz, albo nie. Nie można jednak narzekać, że w produkcji z 50 Centem w tytule znalazł się rapowy repertuar.

    Nigdy nie przypuszczałem, że produkcja ta zaskoczy mnie tak pozytywnie. Niby nie ma w niej nic innowacyjnego, nie wychodzi poza schematy, elementy gameplayu to zrzynki z innych gier, ale jednocześnie wciąga jak odkurzacz nowej generacji. Wiadomo, że w co-opie zawsze gra się dużo przyjemniej, ale 50 Cent: Blood on the Sand wcale nie odstaje moim zdaniem od takiego Army of Two, które miało być przełomem w kooperacji.

    7

    Gra w co-opie

    Newman: Gra od samego początku tworzona była z myślą o wspólnej grze. Nawet w trybie pojedynczego gracza, towarzyszy nam kierowana przez sztuczną inteligencję osoba. Kooperacja to nie tylko podnoszenie drzwi od garażu, czy pomoc w wspinaczce na piętro – podczas misji samochodowej gdy jedna osoba kieruje jeepem, druga ma obowiązek strzelania do nieprzyjaciół. Nie ma jednak czegoś takiego jak w Army of Two, gdzie w kluczowych momentach trzeba było współpracować aby przeżyć. W 50 Cent każdy biega jak chce i cieszy się każdym headem podpisanym swoim pociskiem – po prostu gra nie jest specjalnie trudna, nawet na najwyższym poziomie trudności.

    Shostey: Nie mogę się nie zgodzić – gra jest prosta. Bywają cięższe momenty, ale jak wspomniałem jest to tytuł o bardzo arcadowym charakterze. Cover system używany jest jedynie w krytycznych momentach, a większość akcji bierze się prosto na klatę z ewentualnym użyciem slow-motiona, którego pasek ładuje się wraz z kolejnymi zabiciami.

    Czysto co-opowych akcji jest niewiele i tu 50 Cent faktycznie wypada marnie jeśli porównać go z Army of Two. Otwieranie drzwi, podsadzanie się i podnoszenie rannego kumpla to za mało. Przy okazji warto wspomnieć, że ranny koleżka nie może umrzeć (tak jak w GoW) – jeśli nie uratujemy go przez określony czas, to wstanie sam z siebie.

    Nie zmienia to faktu, że co-opowa rozwałka jest tak smaczna, że aż chce się zabijać. No i sprawdza się też powiedzenie, że co dwie głowy to nie jedna, a dokładniej co czworo oczu to nie dwa oka. Często, używając headseta trzeba pytać się gdzie jest kolejny wróg, skąd strzelają i gdzie będą wybiegać. Zwłaszcza jeśli chodzi o “Scenario” – cele które trzeba wypełnić w określonym czasie (np. zabij 5 wrogów w 45 sekund), aby podbić sobie potem wynik punktowy.

    Co-op tak jak cała gra – niby nie ma rewelacji, niby czasem biednie, ale zabawa przednia.

    6

    Achievementy

    Newman: Od samego początku grając w trybie kooperacyjnym nastawiać się musimy na jedno – nie zaliczyć tutaj calaka to grzech. Całą rozgrywkę można podzielić na 3 punkty:

    Pierwszy – przejście całej gry dwa razy, raz jako host, a drugi jako “join”, z założeniem, że przynajmniej raz na poziomie Hard.

    Drugą rzeczą jest zdobywanie złotych medali w każdej misji. Aby tego dokonać należy obowiązkowo szukać “targetów” (żółto czarne cele ukryte w różnorakich miejsach) oraz “posterów” (plakaty zawsze wiszą na ścianie). Odpowiednia lista z opisem miejsca gdzie je znajdziemy jest dostępna w internecie. W większości misji wystarczy zebrać maxa, czyli 5 targetów oraz tyle samo posterów, lecz bywają etapy w których będzie się trzeba starać, wykonywać odpowiednie kombosy aby zdobyć wymaganą ilość punktów (w naszej grze bywało tak, że aby jedna osoba zdobyła wymaganą ilość punktów, druga ograniczyła się tylko do zbierania plakatów pozostawiając przeciwników kompanowi).

    Do trzeciego punktu zaliczałbym achievementy “dodatkowe” jak np. odblokowanie wszystkich broni, zebranie miliona dolarów, czy też zestrzelenie lecącej do nas rakiety lub zabicie pięciu wrogów w krótkim czasie wywołując przy okazji Masakrę. Większość z nich wpada bez specjalnego wysiłku, nie mniej czasem trzeba pokombinować.

    Ogółem tak jak wspominaliśmy, gra nie należy do specjalnie długich więc na dobrą sprawę można poświęcić dwa dni, aby dodać do swojego konta okrągłe 1000GS.

    Shostey: Taa… Tysiak z zasięgu ręki. Trochę denerwuje ten podział achievów – host dostaje achievy za singlowe przejście, ale drugi gracz zalicza zarówno te co-opowe (jako członek G-Unit) jak i zwykłe.

    Dużo achievów faktycznie wpada metodą naturalną, a te kilka które zostaną łatwo jest nabić. Achievy za złote medale to chyba najtrudniejsza sprawa. Zwłaszcza, że co-opowi gracze mają osobne liczniki punktów. Na kilku etapach po prostu nie starcza wrogów, żeby podzielić się nimi na tyle, aby obu graczy zebrało odpowiednią ilość pkt. Zawsze można ten etap powtórzyć w singlu, gdzie zbieranie punktów jest znacznie łatwiejsze.

    Prawda jest jednak taka, że gdyby nie achievementy, grę skończylibyśmy dużo szybciej i wynieslibyśmy z niej znacznie mniej. Grając po raz drugi, etapy w których mieliśmy już złoty medal jechaliśmy na wariata – bez zwracania uwagi na punkty, zabicia, zbieranie posterów i strzelanie do targetów. I takim sposobem często kończyliśmy chapter w kilka minut, podczas gdy za pierwszym razem zajmowało nam to znacznie więcej czasu.

    Dość łatwy tysiak, ale wpływający na przedłużenie i umilenie rozgrywki.

    Czy zagrałbyś w singlu?

    Newman: Ciężko powiedzieć. Gra została kupiona właśnie jako pozycja obowiązkowa do rozegrania co-opa. W końcu tak została stworzona – aby dwoje raperskich “braci” ze sobą współpracowało. Jeśli gra oferowała by tylko tryb dla pojedynczego gracza to na pewno nie byłoby tego “czegoś” unikalnego i z pewnością nie celowałbym w nią tak bardzo jak tydzień temu przeszukując Allegro.

    Shostey: Zagrać może bym zagrał, ale nie było by juz tak przyjemnie i kto wie czy dotrwałbym do końca. Odpalając misję w single playerze nie mogłem pozbyć się wrażenie pustki, a dodatkowo AI drugiej postaci nie radzi sobie w ogóle – koleś zbyt często chowa się za murkami i bardzo mało pomaga w samym zabijaniu przez co gra staje się nagle dużo trudniejsza. Zalecałbym zatem, aby grę kupować z nastawieniem na kooperacje.

    Nasze Wideo



    Galeria

     «

      »

    Autor: Redakcja


    Poczytaj także


    Tagi

    , ,


    Kategorie

    Akcji Gatunki gier Platformy Promowane Teksty W kooperacji Xbox 360


    Komentarze

    1. Rewolt mówi:

      Panowie, gratulacje! Recka na najwyższym poziomie!
      Tylko pozazdrościć tak umiejętnego wprowadzenia czytelnika do świata gry :).

    2. mil1on mówi:

      Porządna robota :] miło się czyta. Co do gry … “fifty” to nie mój klimat dlatego trzymałem się zdala od gry ale może teraz ją tkne żeby rozwalić paru “czarnuchów” hehe.

    3. SETH mówi:

      Naprawdę niezły tekst :)



Najnowsze video

Hot news